Dzień 6 z 84 · 17 października 2026 · Styl życia
Dzień 6. Trening, którego nie było
Miał być trening z gumą w parku, a był deszcz, trzy odwołane spotkania i kanapa. Wieczorem pokazuję klientom, jak wyglądają dziesięć minut wersji minimum.
- Dzień planu
- 6
- Kroki
- 9 100
- Sen
- 7 h 45 min

Sobota rano, deszcz, który wygląda na planowany od tygodnia. Obudziłem się o 7:40 bez budzika, po 7 godzinach i 45 minutach snu. Pierwsza myśl: jeszcze pięć minut. Druga, po pięciu minutach: telefon. Zerknąłem na ekran i zobaczyłem trzy wiadomości od grupy. Paweł: "Odwołuję, bo leje". Marta: "Nie dam rady, mamy gości na obiad". Pani Halina: "Pan mnie nie namówi, bo mnie w deszczu nie ma".
W piątek wieczorem ułożyłem sobie plan, w którym to ja jestem tym, który idzie w deszczu pierwszy. Zabrałem matę, gumę oporową i stoper, zaparkowałem pod wiatą w parku. Po dwudziestu minutach siedzenia w aucie z termosem uznałem, że nikt nie przyjdzie, a ja wyglądam jak ktoś, kto czeka na randkę. Wróciłem do domu.
Ola od rana walczyła z listą spraw. Pojechaliśmy do dużego sklepu z wyposażeniem domu po nową zasłonę prysznicową, bo stara się rozpada. Spędziliśmy tam półtorej godziny i wróciliśmy z zasłoną, dwiema doniczkami i zestawem świec, których nikt nie zamierzał kupić. Obiad zjedliśmy z pudełek z piątku, tego z ryżem, który tym razem był przepłukany. Licznik na koniec dnia: 9 100 kroków, czyli niewiele jak na moje standardy.
Przyznam, że wieczorem było mi głupio. Szósty dzień z osiemdziesięciu czterech i jeden trening wypadł dla całej grupy. Zacząłem dopisywać w głowie scenariusz, w którym klienci rezygnują, bo przecież pierwszy poślizg to początek końca. Znam to z cudzych historii i z własnej. W tym miejscu przypomniałem sobie, że zapisuję dni po to, żeby widzieć je takimi, jakie są. Pusta kratka to też wynik.
Co zrobiłem? Napisałem do grupy wiadomość: "Wersja minimum na dzisiaj: dziesięć minut, w skarpetkach, w pokoju. Dwie serie po osiem przysiadów do krzesła, dwie serie pompek o blat, trzydzieści sekund deski. Odpiszcie jednym słowem, jak poszło." Sam zrobiłem to o 21:15, kiedy Ola oglądała serial. Wyszedłem z kuchni z poczuciem, że dzień nie jest całkiem stracony.
Odpowiedzi: Marta "zrobione", Paweł "zrobione, deska krótka", pani Halina "jedna seria, ale do końca". Dla mnie to było więcej, niż spodziewałem się o 9:00 rano.
Zasada, którą zapisałem na kartce dla siebie i dla nich: w dni, w które nie chce się ćwiczyć, obowiązuje wersja minimum, dziesięć minut bez negocjacji. Nie chodzi o to, że dziesięć minut daje formę. Chodzi o to, żeby nie przerywać łańcucha, bo to przerwany łańcuch jest początkiem końca u większości ludzi, których znam.
Deszcz przestał padać o 19:00, jakby chciał się podlizać.
Jutro niedziela. Pogoda ma być lepsza, a ja mam w planie coś większego niż 9 100 kroków.