Dzień 24 z 84 · 4 listopada 2026 · Ruch i kroki
Dzień 24. Zimny poranek: bieg czy szybki marsz
Trzy stopnie na termometrze i plan, żeby pobiegać. Po sześciu minutach przeszedłem do marszu i wcale nie uważam, że przegrałem.
- Dzień planu
- 24
- Kroki
- 13 100
- Sen
- 7 h 50 min

Środa, 6:50, trzy stopnie. Na kartce miałem napisane „bieg, 25 minut", bo od dwóch tygodni nic nie biegałem i chciałem sprawdzić, jak to wygląda po przysiadach i martwych ciągach. Ubrałem się na cebulkę: koszulka z długim rękawem, bluza, kurtka, czapka, rękawiczki. Ola z łóżka powiedziała tylko „powodzenia", takim tonem, jakby żegnała mnie na wyprawę polarną.
Wyszedłem nad rzekę. Pierwsze trzy minuty truchtu poszły dobrze, w nogach lekkość, powietrze ostre jak mięta. Od czwartej minuty zaczęło mi pikać w łydkach, a od szóstej oddychałem jak czajnik. Sztanga uczy cierpliwości przy ciężarze, ale nie przy tempie. Mam za sobą trzy tygodnie dźwigania i dobrą formę do dziesięciu powtórzeń, ale wytrzymałość do długiego biegu to zupełnie inna rzecz i zwyczajnie nad nią nie pracowałem.
Mogłem się zawziąć i dobiec do końca, ale po co. Przeszedłem do szybkiego marszu i postanowiłem zrobić z tego odcinki: dwie minuty marszu, minuta truchtu. Wyszło osiem takich rund, czyli dwadzieścia cztery minuty, plus pięć minut marszu na rozgrzewkę i pięć na wyciszenie. Wróciłem z czerwonymi policzkami i dziwną radością, że nic mnie nie boli. Kroków z samego poranka mi wyszło prawie cztery tysiące.
Przy okazji jedna obserwacja z rzeki. Wszyscy biegacze, których mijałem, mieli nowe, jaskrawe kurtki, a ja wyglądałem jak ktoś, kto pożyczył ubranie od brata. Starsza pani z kijkami pozdrowiła mnie pierwsza i minęła w tempie, którego mogłem jej tylko zazdrościć.
Po południu zadzwoniła do mnie Marta z pytaniem, czy też powinna biegać, bo koleżanka z pracy zapisała się na dziesięć kilometrów. Odpowiedziałem, że nie musi. Jej plan na ten tydzień to siła i spacery, a bieg jest jedną z wielu możliwości, nie obowiązkiem. Jeśli będzie chciała spróbować, zacznie od odcinków, tak jak ja dzisiaj. Odetchnęła i zmieniła temat na obiad.
Licznik pokazał 13 100 kroków, a sen z poprzedniej nocy wyniósł 7 godzin i 50 minut. Kolana po wszystkim w porządku, łydki lekko zdziwione.
Wskazówka trenerska: w zimny poranek wybieram marsz z odcinkami truchtu, jeśli od dawna nie biegałem. Rozgrzewkę robię w domu, w kurtce, zanim wyjdę na zewnątrz, i oceniam po szóstej minucie, czy dalej biegnę, czy przechodzę na marsz. Obie decyzje są poprawne, a ta druga ma tę zaletę, że rano nie kończy się kłótnią z samym sobą.
Jutro czwartek i długa rozmowa z Kubą o moim planie.