Dzień 7 z 84 · 18 października 2026 · Ruch i kroki
Dzień 7. Dwie godziny w lesie i pierwszy tydzień na papierze
Niedziela po deszczu, las pod miastem i najdłuższy spacer od miesięcy. Przy okazji sprawdzam, co tak naprawdę wyszło z pierwszego tygodnia, u mnie i u klientów.
- Dzień planu
- 7
- Kroki
- 14 600
- Sen
- 8 h 05 min

Zasnąłem wczoraj o 23:10 i obudziłem się sam, bez budzika, o 7:15. Zegarek: 8 godzin i 5 minut. Po tygodniu pracy z grupą czułem się wyspany bez kawy. Zjadłem owsiankę z bananem, spakowałem do plecaka termos i dwie kanapki, a Ola znalazła w szafie swoje buty trekkingowe, które ostatni raz miały okazję użyć trzy lata temu.
Pojechaliśmy za miasto, do lasu, który kiedyś znałem na pamięć. Zaparkowaliśmy przy leśniczówce i poszliśmy niebieskim szlakiem. Po wczorajszym deszczu pachniało mokrą ziemią i igłami. Liście pod stopami były miękkie jak dywan. Szliśmy bez pośpiechu, z przerwami na zdjęcia grzybów, których nazw żadne z nas nie zna, i na kanapki na pniu. W sumie prawie dwie godziny w ruchu, a na liczniku 14 600 kroków.
Pod koniec trasy łydki dały znać, ale spokojnie, bez ostrego bólu. Wieczorem po kąpieli zasnąłem na kanapie przed dziewiątą, na dwadzieścia minut przed serialem.
Przed snem usiadłem do kartki i podsumowałem tydzień. Moje liczby z pierwszych siedmiu dni:
- średnio około 11 200 kroków dziennie, przy 11 400 w pierwszym dniu,
- średnio około 7 godzin i 30 minut snu na dobę,
- pięć treningów własnych w siłowni i jeden krótki w wersji minimum,
- trzy spotkania grupy w parku i jedno odwołane przez deszcz.
Muszę uczciwie dodać, że średnie kroków podbija niedziela. Bez niej wyszłoby mi około 10 700. Nie chcę robić z niedzieli sztucznego wyniku, więc od przyszłego tygodnia zapiszę osobno dni robocze i weekend. Jeden długi spacer nie zastępuje codziennych drobnych kroków, ale dobrze wpływa na głowę.
Zajrzałem też do wiadomości od klientów. Marta w tygodniu doszła do średnio 5 800 kroków, a pierwszego dnia miała 4 100. Paweł z 2 900 podniósł się do 5 200, głównie dzięki lunchowym spacerom i temu, że telefon nocuje w kuchni. Pani Halina trzy razy w tygodniu doszła na działkę z jednym zatrzymaniem zamiast czterech. Nie mam z tego żadnych wielkich wniosków. Mam kartkę z liczbami, która za tydzień będzie miała kolejną kolumnę.
Jedna praktyczna myśl na koniec tygodnia: ruch, który lubimy, trzeba wpisać w kalendarz tak samo jak spotkanie z klientem. Jeśli niedzielny las jest czymś, na co czekam, to nie muszę się do niego zmuszać. Dla Oli to też jedyny moment w tygodniu, kiedy rozmawiamy dłużej niż pięć minut bez telefonów w ręku.
W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w przydrożnym barze na zupę. Zamówiłem żurek, Ola pierogi, a przy sąsiednim stoliku siedział pan z psem, który zjadł połowę kanapki z mojego plecaka, zanim zdążyłem zaprotestować. Trudno się gniewać na kogoś o takich oczach.
W poniedziałek zaczynamy tydzień drugi, z pierwszą wizytą grupy w mojej siłowni.